Czy czytać słabsze książki do końca?

Dobre pytanie! Stanę tutaj okoniem wobec polskich blogerów książkowych. Zachęcają oni do porzucania słabych powieści w trakcie, tłumacząc to oszczędnością czasu/szansą na coś lepszego/szkodą dla życia etc. Jednomyślność opinii wzbudza tutaj podejrzliwość, coś jak słuchanie chóru parlamentarzystów. Tymczasem, z rezygnowania jest więcej szkody niźli pożytku. Jest ono sygnałem słabego, niemęskiego charakteru. Jak mawia p. Kalidow: „Skończ, co zacząłeś, bo inaczej będziesz całe życie zaczynał i nie kończył”. Literatura jest tylko drobnym wycinkiem. To jak?

Po pierwsze, czytanie w Polsce jest rzeczą dobrowolną (pomijając przymus szkolny, rzecz jasna). Jeśli zatem dorosły człowiek posiłkuje się lekturą, czyni to z własnej woli. Sam pospacerował do Empiku, zdjął z półki, przejrzał, wyjął skórzany portfel i zapłacił własną pracą (zamienioną na żetony pieniężne). Jeśli zatem książka niespodziewanie okazała się, no, dnem, świadczy to o chwiejności upodobań. Ostatecznie – o złym guście…

Po wtóre, kończenie rzeczy nużących stanowi świetny trening charakteru. Tak zaszczepiony człowiek dwukrotnie pomyśli, zanim nabędzie coś wątpliwego. I będzie szczęśliwy, że skończył wreszcie! Co stanowi czytelny dowód, że najwięcej satysfakcji wręcza pokonywanie trudności…

Po trzecie, czasem kiepski utwór błyśnie jednym zdaniem, które warto zapamiętać – jak to np. u Remigiusza Mroza…

Po czwarte, dyscyplina znaczy wolność, jak tłumaczy Jocko Willink. Człowiek, który potrafi się zmusić to gość, którego wartość wzrasta. Nie ufa własnym uczuciom, które potrafią mieszać szyki. Postanawia coś, po czym to osiąga. I znowu. I ponownie. I rośnie…

A porzucanie świadczy o zniewieścieniu. Stosy książek nieukończonych to społeczeństwo, w którym czytają kobiety…

Czytaj też: Czytanie i bieganie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *