Choroba dyrektorska? Toż to przepis na mądrość.

Bycie szefem sporej spółki to odpowiedzialność, wielka niczym grzechy Clintona. Z odpowiedzialnością wiąże się presja – naciskają Czesi, Azerowie i Francuzi. Plus, naturalnie, klienci z Szanghaju. Czasami naciskany prezes zalicza wtopę i firma traci miliony funtów. Szybka, nerwowa dymisja. Wtedy zaczyna się historia, oo…

Choroba dyrektorska jest fascynująca i przypomina bokserski nokaut jak nic innego. Chodzący w garniturze prezes w ciągu doby traci posadę, sekretarkę, władzę oraz… posmak wyzwania. Jak tłumaczył Robert Krool, doradca biznesu, czas leczenia głowy trwa do… 10 lat. Do tego czasu zamiast posiedzeń zarządu dotychczasowy VIP zalicza kurs fitness, spacery po lesie, alkohol, łowienie ryb i bawienie wnuków. Po tygodniu jest zielony ze znużenia, całe życie ofensywy…

Stoję na stanowisku, że taki stan powinien zaowocować np. książką wspomnieniową. Wylanie dodaje pokory, samotność – refleksji, zaś wolny czas zachęca do wzmożonej aktywności na innych polach.
Ponoć niewielu się na to decyduje, większość bossów kombinuje w tle o triumfalnym powrocie do gabinetu. Szkoda. Prezesi znajdują się w czołówce najciekawszych ludzi w Polsce, przecież to jasne jak zęby Schetyny. Politycy – no, nie!

Tymczasem, sukcesy podbijają samoocenę i przynoszą pieniądze. Porażki – kształtują charakter, owocując trzeźwością myślenia. A mądrość? Przecież nie ma ceny!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *