“Rolnik szuka żony”. Och, rolniku.

Zaskoczył mnie sielski program „Rolnik szuka żony”. Dla wnikliwego obserwatora jawi się jako kopalnia wiedzy o zawartości ludzkiej głowy.

Ciekawa rzecz. Ryzyko… demoralizacji uczestników oceniam jako wysokie. Tak, tak, niczym po wygraniu 20 mln w Totolotka albo awansie na szefa spółki skarbu państwa. Kreślę scenariusz. Na polskiej wsi mieszka sobie rolnik. Zwyczajny, ciężko pracujący, niespecjalnie lotny w kwestiach damsko-męskich. Serdeczny. Naiwny niczym ONZ w kwestii albańskich działań partyzanckich. Zwykle – o lekko zaniżonym poczuciu wartości. Zgłasza się do programu, błagając o „choć jeden list od telewidzki, pani”. Listów przychodzi z czterdzieści i facetowi… palma nagle odbija. Po prawdzie, czy mogłaby nie odbić? „Otóż nie” – jak komentuje Tadeusz Sznuk nieprawidłową odpowiedź w „1 z 10”.

Pod zadbaną oborę jakoś-tam perspektywicznego dotąd wąsacza podjeżdża, ho, ho, cały autokar fanek. Ku zdumieniu widzów nasz bohater zaczyna… kaprysić! U jednej podoba mu się biust, u kolejnej nogi, trzecia kusi uśmiechem, zaś czwarta – marzycielstwem. No, nie mówiąc o dziewiątej!

Osiołkowi w żłoby dano. W jednym owies, w drugim siano…

Odpowiedzialność za kaprysy ponosi, rzecz jasna, telewizja jako organizator eventu. Anons gazetowy z Przasnysza cieszyłby się mniejszym zainteresowaniem. Chociaż, kto to wie? Gwoli wyjaśnień, aż kilka uczestniczek emanuje ciepłem, bezpretensjonalnością.

Jak wyłowić jedyną w gąszczu kandydatek, rolniku? Sugerowałbym tutaj… zamknięcie oczu, a otwarcie serca. Należy wybrać białogłowę, w której towarzystwie najlepiej się wypoczywa. Choćby… wspólnie milcząc. Zamykamy zadurzone oczęta. I teraz. Złośliwa odpadnie w przedbiegach, mimo świecenia zadkiem na wizji. Z obfitości serca usta mówią, uszczypliwości nie sposób ukryć przez dłużej niż trzy minuty. Casus wiecznie samotnej Dody jawi się tu jako przykład wręcz wyśmienity (bo walory wizualne nie rekompensują wcale wewnętrznej szpetoty). Zatem, zyska ta milutka, wpływająca na spracowanego chłopa kojąco. Dobrotliwa i tylko ona. Takim morałem kończyły się bajki braci Grimm, czytane nam w dzieciństwie. Rodzice to wiedzą.

Oczywiście, bo taką wiedzą dysponuje dobra matka, babcia, mądra ciotka. Także zaufany ksiądz, sklepowa czy siwy nestor rodu. Tutaj najmądrzejsza rada, jaką mogę rozpowszechnić. Autorem niezrównany Paweł Śląski: SŁUCHAJ, MĘSKI MATOŁKU, CO CI MÓWIĄ PRZED ŚLUBEM.

Bowiem wartość ogółu kandydatek traci na znaczeniu, i tak wybierzesz jedną. Skonsultuj się z rodzicami. Obojga stron. Zagrajcie w planszówkę „Monopoly”, to ci mnóstwo wyjawi o każdym z uczestników. Ocenisz uczciwość w drobiazgach, hojność, zdolność do brawury, reagowanie na cudze sukcesy.

Aha! Nie znam bowiem zgodnego małżeństwa, które byłoby zawarte wbrew Rodzicom i Teściom. No, jakoś nie.

Zamknij zatem oczy, otwierając uszy. Z czasem… serce otworzy się samo, och.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *