Ślub – rytuał przejścia.

„Każdy w życiu ma dzień, który wszystko zmienia” – tak piłkarz Kowalczyk rozpoczyna swoje książkowe wspominki. Naturalnie, tli się w tym naiwny idealizm. Pojedynczy punkt zwrotny zdarza się sporadycznie. Rzadziej niż „Wiadomości TVP”, pozbawione błędów logicznych. A ponieważ żeni się facet, któremu codziennie myję zęby, postanowiłem pozastanawiać się nad ślubem katolickim. „Ważne, jak się zaczyna” – jak powiedziała bliska mi osoba.

Organizacja wesela. Hmm… Wiecie, najtrudniejszą rzeczą jest ZNALEZIENIE WŁAŚCIWEJ OSOBY. Można upolować. Można też wymodlić. Polecam obie metody. Z serca.

Uczciwość małżeńska. Ciekawe, ilu nowożeńców sprawdziło PRZED, co właściwie ślubują. Pozornie, chodzi o rozliczenie roczne PIT 2017 bądź wspólne konto ING. „Otóż nie” – jak mawia Tadeusz Sznuk do zakłopotanego uczestnika „1 z 10”. Mowa o wzajemnej lojalności, zakazie ośmieszania czy publicznego wywlekania wad, także podczas imienin u cioci. Od wielkiego dzwonu spotykam takie pary, a wtedy – bravissimo!

Przeszkody małżeńskie. Co ciekawe, jedną z zapisanych w prawie przeszkód jest… konsekwentny konkubinat. Stawiający tu pod znakiem zapytania ważność niejednego wesela. Nic dziwnego. Wieloletnie partnerstwo jawi się jako arsenał burzący dom, doszczętnie niczym rakieta Tomahawk. Proboszczowie przymykają oko na ten paragraf. Ja bym gonił kijem!

Intercyza. Dziś w zaniku, niesłusznie. Małżonkowie często są stateczni, szybko odczuwają bagaż odpowiedzialności. Stopniowo rośnie asekuracja, niezdolność do brawurowych zachowań. Kredyt. Wymiana nudnawego vana Renault zamiast ognistego motocykla Hondy. Grzeczne zapinanie pasów zamiast szaleńczych pościgów po nocy. Jeśli mężczyzna nosi ryzyko we krwi, wspólny majątek będzie hamował np. ofensywne inwestowanie. Tak jak wspólny sedan utrudni wyścigi. Ambitnego to wkurzy (a za nieambitnego nie warto wychodzić, szkoda prądu). „Wolny elektron” musi dysponować osobnym majątkiem, który będzie gotów… stracić.

Spowiedź. Internetowe fora pełne są podpowiedzi piramidalnie głupich: „ja skłamałam, polecam, hue hue”, „to co, że mieszkamy bez ślubu”, „bezsens”. Jeśli szukacie ostrych ryzykantów, wskazuję tu palcem. Nawiasem mówiąc, tych małżeństw… już nie ma. Sypią się jak te domy w Afganistanie!

Nauki przedmałżeńskie. Wielu jest zaskoczonych in plus. Jeśli prowadzi ksiądz – są chłodne, wyważone, ugruntowane doświadczeniem tysiąca par. Nastawione na duchowość Bożą bardziej niż psychologię. Trawię do dziś.

Poradnia przedmałżeńska. Do dupy. Przymusowe slajdy a’la szwedzkie liceum odzierają z tajemnicy, jaka otacza przyszłych małżonków. Na miejscu biskupa zlikwidowałbym natychmiast, wywalając na kopach pozbawione makijażu, kokowe panie.

Dzieci. Nauczki nie pozostawiają wątpliwości. Jeśli są najważniejsze, małżeństwo cierpi. Jeśli śpią z rodzicami, analogicznie. Te sprawy stoją na głowie i często kilkuletni szkrab ma wpływ większy niż ojciec rodziny. Dramat, jakby powiedział Zbigniew Stonoga. Też bym się wściekł. Podświadomie, w takim upokarzającym dealu panowie nie chcą brać udziału. Jeśli szukacie przyczyn niżu demograficznego, właśnie go znalazłem. Panie ministrze od 500+, czytasz?

Religia. „Jeśli para się razem nie modli, to nic z tego nie będzie” – mawiały babki na Śląsku, jeszcze przed wojną. Oddaję im hołd.

Randki małżeńskie. Raz na miesiąc wystarczy. Przychodzi opiekunka, kuzynka albo ciotka do szkrabów. Małżeństwo wyłącza telefon i jest offline, korzystając z teatru, parku spacerowego albo choćby kawiarni. Wszyscy eksperci, ratujący pary popsute, namawiają do identycznych zachować. Aha, bez psucia też się da randkować, hej!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *