Kontrola czy jedynie “ctrl”?

Opowieści kierowców rajdu „Dakar” są fascynujące niczym dobra partia szachów. Przeszkody, z którymi się borykają – samotność na pustyni, upał, nieludzkie zmęczenie, piach w oczach – wszystko to uczy wytrwałości. Samotność daje też klucze do mądrości (pogadajcie z księdzem bądź marynarzem!). Jest tylko jeden wyjątek. Awarie techniczne podczas wyścigów. Kierowcy nienawidzą pęknięcia małej płytki w bloku silnika. Są wtedy bezradni… Niczym współczesny mieszczanin. Przyczyną współczesnej słabości – zarówno w motoryzacji, jak i życiu jest… technologia.

Bowiem poczucie sprawczości jest tym, co najbardziej pobudza normalnego gościa. Zdrowego. Sprawczy jest król, wysyłający 100-tysięczne wojsko na ubite ziemie wroga. Sprawczy bywa drwal, układając kopiec z drewnianych balii. Poczucie wpływu ma rolnik, zasuwający kombajnem w sierpniu – on także widzi owoce pracy.

Jednocześnie, wyzwania dawnej zwyczajne okazują się teraz trudne do przeskoczenia. Dawniej do naprawy żelazka wystarczyły młotek i rękawice, dziś popsuty Philips ląduje wesoło na śmietniku. Silnik Łady naprawiało się u szwagra w garażu, dziś żarówka od Audi Q7 bywa skomplikowana niczym łazik NASA z lat 60-tych. Tak, ta żarówka odbiera właścicielowi poczucie własności – za grzebanie przy niej grożą kary finansowe koncernu. Programista bez prądu nie ma nic (dlatego często bywa nieśmiały). Dawniej przeciętny mąż był głową rodziny, a jego osądy – niepodważalne. Dziś jest pouczany przez zniewieściałych urzędników czy panie z telewizji. W przypadku rozwodu traci wszystko, bo sąd nawet SŁOWO HONORU uważa za drobiazg, niewarty wzmianki. Dla mnie to niemoralne.

W ogóle, przeciętny rozwodnik MUSI być alkoholikiem, jak przypuszczam. Taki gość jest traktowany z pogardą zarówno w domu (dlatego odchodzi?), jak i na sali sądowej (gdzie miesiączka zmanierowanej sędziny bywa warta więcej niż intercyza na piśmie). Niewiele ma do rzeczy, że rozwody potępiam, naturalnie. Zastanawiam się raczej, skąd się biorą, a nie przeczytacie o tym w gazetach…

Pewnie dlatego nie przeczytacie, że inteligencję dziennikarzy uważam za mit. Bzdurę, bijącą po oczach. Oczywiście, dawniej w pracy redakcyjnej pomagało klasyczne wykształcenie, znajomość łaciny, twórczości Owidiusza i malarstwa Vermeera. Najlepszy, polski dziennikarz zmarł tydzień temu, ś.p. Paweł Zarzeczny. Oczywiście, sawant. O tzw. celebrytach zwykł mawiać „No, no, przyznaję, że są wszechstronnie nieutalentowani. Czytać, matoły!”.

Wikipedia nie zastąpi biblioteki, warsztat zdobywa się tradycyjnymi metodami. Braki intelektualne słychać podczas wywiadów radiowo-telewizyjnych, kiedy do studia przyjdzie szampański umysł. Oczywiście, nie będzie to raczej politolog z fatalną polszczyzną. Raczej fizyk, wynalazca bądź przedsiębiorca. Okazuje się wtedy, że… nie bardzo ma z kim rozmawiać, bowiem to prowadzący dyskutuje z samym sobą. Przerywa zatem miliarderowi wywód o pieniądzach (gdzie minuta speechu jest warta więcej niż roczna gaża dziennikarza, hej!). Poucza Donalda Trumpa w sprawie sięgania po sukces (tymczasem, sam sięgnął w życiu najwyżej po papierosa). Czasem, wcina się w dyskusję niczym deweloper w sosnę, dodając swoje „A to nie jest tak, yyy…”.

Przypomina mi się tutaj wywiad gazetowy z prof. Januszem Filipiakiem, prezesem Comarchu (najbogatszym matematykiem w Polsce, bodaj). Mówi profesor:

– Wie Pan, kupiłem sobie Rollsa.

– Czemu?

– Czysta psychologia. Robię interesy metalurgiczne z katarskimi szejkami. Książęta. Oni zwracają uwagę na luksusowość auta. Informacja, że też niezłe posiadam, buduje moje plecy. Traktują mnie wtedy poważnie, jak równoważnego partnera.

– Nie rozumiem. Myślę, że to głupie.

– Wiem. I dlatego Pan, redaktorze, nigdy pieniędzy nie zrobi…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *