20 000 mil edukacyjnej żeglugi.

Zapytano Donalda Trumpa, jak poprawia pracownika, który drugi raz popełnia podobny błąd. Wzruszył tylko ramionami, rzucając: „Wcale. Przecież taki człowiek już dla mnie nie pracuje”. Surowy gość. Uważam takie podejście za dojrzałe, premiujące odpowiedzialność. Świat byłby fajniejszym miejscem, gdyby ludzie rzeczywiście odpowiadali za swoje deklaracje. Spocony poseł posługujący się słowem honoru, walczyłby w pojedynku na rewolwery (gdyby zapomniał o obietnicy). Urzędnik działający opieszale wylatywałby na pysk po godzince pracy. Jednocześnie najbardziej zyskaliby… uczniowie, potraktowani wreszcie dorośle. Widzę to oczami wyobraźni.

„Dostałeś jedynkę z biologii? Widzimy się za pół roku, odbieram Panu prawo (PRAWO!) do chodzenia na zajęcia z tego przedmiotu. Pała z chemii? Sześć miesięcy braku kontaktu z menzurkami”. Tak pokarany uczniak miałby, naturalnie, ze trzy wyjścia. Tępak przestałby przychodzić do szkoły w ogóle, zawyżając poziom grupy swoją absencją. Genialny sztubak uczyłby się trzy razy więcej, robiąc po godzinach eksperymenty w garażu. Indywidualista chodziłby tylko na ekonomię oraz np. szachy, kompletnie ignorując przedmiot niechciany niczym pryszcz przed pierwszą randką.

Dzięki temu nauczyciele ocenialiby chłodniej, mając w rękach namacalną władzę. Takie podejście, oschłe, wypłukałoby nadmiar kobiet w polskiej edukacji. Niewielkie poczucie wartości polskich maturzystów (mało który składa papiery na Harvard, a niby dlaczego?) bierze się z nadmiaru nauczycielek właśnie. Jak nauczyć buty młodego człowieka, kiedy „sama jestem zagubiona i z problemami, a kot się właśnie zesikał”? No, nie da się. Dlatego też polska szkoła marnuje niewyobrażalny potencjał inteligentnych młodzieńców. Geniusze informatyczni toczą heroiczne boje o trójkę z biologii, zamiast walczyć z koncernem Apple. Lekkoatleci chodzą ukradkiem na obligatoryjne lekcje polskiego – a potem i tak nie potrafią się wysłowić przed kamerą, heh. Równie nieskuteczny jak słowiański nauczyciel jest tylko napastnik z piłkarskiej Ekstraklasy, który przestrzelił na pustą…

20 000 godzin. Tyle czasu spędził w szkole każdy z czytających te słowa. Kłopot w tym, że 95% tego czasu zmarnowano. Przyjmuje się, że do olimpijskiej znajomości danej rzeczy potrzeba 10 000 h. Połowa czasu, w których siedzieliśmy na twardych ławkach, wystarcza do arcymistrzostwa w szachach, koszykówce czy spawaniu kadłubów jachtowych. Gdybyśmy zamiast w szkolnej ławie, siedzieli w pływalni bądź bibliotece, Polska miałaby pięciu noblistów rok w rok. Stu wynalazców, dziesiątki miliarderów, majętniejszych od Kulczyka!

Albo chociaż bylibyśmy krajem ludzi szczęśliwych, którzy pracują tylko tam, gdzie wewnętrznie pragną – w stolarni, warsztacie, sklepie etc. Nie zarażanych kompleksami starych kwok, przeciętnością kolegów ani nudą (zdolne dzieci nudzą się, kiedy nauczyciel tłumaczy coś baranowi).

Ciekawa rzecz. W jednym za ostatnich wywiadów Wisława Szymborska stwierdziła, że… nie zdałaby matury z polskiego, gdyby kazano jej analizować własny wiersz: „Boże drogi, sama nie do końca wiem, co chciałam wtedy przekazać. Ma to wiedzieć kilkunastoletnie dziecko?”.

P.S. Przypomniała mi się szkoła właśnie podczas ostatniej sesji na studiach. Dostałem najgorszą na roku ocenę z pisania, podchodząc do wszystkich zadań na ochotnika. „No, ma Pan talent, a talent jest rzeczą wysoce niezasłużoną. Trzy minus. Aha, nieobecni po piątce, proszę przekazać”.

Na szczęście! Prędzej rzucę studia niż własne pomysły, heh. I na zakończenie, surowa wypowiedź Trumpa, o Johnie McCainie (kongresman USA, kilka lat spędził jako jeniec wojenny w wietnamskiej dżungli): „Co to za bohater? Dla mnie bohaterami są ci, którzy nie dali się złapać!”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *