Pogadajmy o ambicjach.

Kilka dni temu stanąłem przed dylematem selekcjonera, niczym Donald Trump dobierający gabinet (ostatecznie włączył do teamu Ivankę oraz np. Muska, mądry facet). Kogo zaprosić na okolicznościowe spotkanie przy porzucaniu dotychczasowego, bezpiecznego życia? Zanim zdradzę, co zrobiłem, krótka notka o bezpieczeństwie, bardzo pouczająca dla… dowolnej żony na świecie.

Jest taka scena w doskonałym filmie „Siedmiu Wspaniałych”: biedni mieszkańcy wioski szukają obrony przed lokalnym watażką. Nie potrafią się bowiem bić (całe życie siania kukurydzy, rozumiem), nie mają pieniędzy, by zatrudnić p.Rutkowskiego do pilnowania areałów. Rozglądają się więc bezradnie po zakurzonym miasteczku, oferując wdowi grosz, np. garnek wysuszonej fasoli za 12 tygodni pracy przy spluwie. Zdobywają wreszcie pierwszego ochotnika, rozbrajając go swoją słabością właśnie. Czas na kolejnego. [Mądra kobieta powinna ten fragment obejrzeć, bo w nim tkwi cała tajemnica męskiego łba, cała]. Ciekawi mnie rekrutacja drugiego z rewolwerowców, chwilowo – sklepikarza. Oferują mu pracę, siedząc wspólnie przy szklaneczce whisky (kupionej za ostatnie pieniądze). Gość odmawia, śmiejąc się przy sugerowanych kwotach, bowiem zarabia 5x więcej. Wtedy rolnik kiwa głową ze zrozumieniem: „Ma pan rację. Poza tym – zajęcie w sklepie ma swoje plusy. To bezpieczna praca”.

Po tym zdaniu nasz Vin uśmiecha się tylko pod nosem. Oczy mu błyszczą. Bierze zlecenie. A nie wie nawet, czy będzie miał gdzie spać…

Jestem na podobnym etapie (zachowując proporcje westernowe, heh), porzucając stałą, niezłą finansowo pracę. Kwestia intuicji. Ktoś może rzucił „wiesz, zazdroszczę ci. To dobra, bezpieczna praca. Stabilna”. W mig wywołał reakcję, że… to koniec, uff. Nie chodzi o pieniądze. Coś jak kosztowny prezent od rzucanej dziewczyny – nagle wspólny bilet na wyścig F1 przestaje mieć znaczenie. Idziesz luźnym krokiem do sympatycznego pracodawcy, wiedząc, że hasło: „Oferuję milion dolarów albo podwyżkę 4 500%, jeśli zostaniesz, stanowisko, awanse, delegacje” nie zmieni nic. Nic. Odmówisz, idąc w nieznane tanecznym krokiem (gwoli jasności, taka propozycja nie padła, heh. Byłem gotów odmówić). Piękne uczucie, do cholery!

Dylematy „kogo, hmm zaprosić na pożegnalne piwo?” zakończono łatwo. Po prostu zaprosiłem ludzi, których cenię. Polecam to rozwiązanie każdemu!

Nazwisk nie podam, sprawdźcie okładkę “Forbesa” w 2020 r.

W efekcie – NIE rozmawialiśmy o pracy, zero tematów branżowych. Żarty, dzieciństwo, plany, rozmaite anegdoty, indywidualne popisy, przycinki: minuta wywodu i próżno przewidujesz pointę, ona zawsze Cię zaskoczy. Pogaducha w pracy – no, nie zaskoczy błyskotliwością. Tutaj odwrotnie, dzięki Bogu.

Część towarzystwa wyszła wcześniej (dzięki za obecność!), część zaś – została, szykując się przecież ze dwa tygodnie do… ciężkiej ofensywy. Ciekawostka: na luksus siedzenia dłużej zdecydowali się wyłącznie ludzie prowadzący firmy. Własny biznes powoduje, że masz większą kontrolę nad życiem. Idziesz sobie wystrojony na wódkę. W środku tygodnia. Gdzieś w Polsce. Nikomu… to nie przeszkadza. A etatowcowi za taki numer grozi przecież wylanie!

Skoro mowa o wylewaniu, coś-tam rozbiłem w wieczornym tłumie, robiąc kłopot miłym kelnerkom. Wróciłem do lokalu już rano, lekko zawstydzony. Przedstawiłem się, przyznałem do wyrządzenia szkód. Nie chciały moich pieniędzy: „Dziękujemy. To się naprawdę rzadko zdarza, żeby ktoś przyszedł w takiej sprawie. Jejku”. Nieoczekiwanie zyskałem nowe znajome, heh.

To nie koniec. Będzie wieczór kawalerski p. Ostojskiego, jak ustalono. Szykuje się najbardziej egzotyczna koalicja od czasu legendarnej inwazji na Kuwejt. Imprezę zrobimy raczej w Sopocie, chętnych już mam.

Nawet… poszukam sobie dziewczyny.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *