Męska dominacja w małżeństwie.

Warto kobiety kochać, niekoniecznie rozumieć. Doświadczenie było proste, a wykonał je mój kumpel, dając licencję na publikację wniosków. Potrzeba dwóch niezajętych niewiast, kojarzonych np. z pracy, o zbliżonym stanie statusowym (wiek, zajęcie, usposobienie etc.). Do jednej zagaił nad wyraz grzecznie: „Przepraszam. Czy mogłabyś się ze mną – kiedyś tam, wiesz, yyy, spotkać? Kawkę, herbatkę. O ile masz czas, nie chciałbym nalegać”. Panna zrobiła minę sarny, postrzelonej w półdupek. Nie muszę dodawać, że odmówiła – akurat zdechł jej chomik. Trzy miesiące wcześniej.

Do drugiej podszedł już odmiennie. Zapomniał się nawet przedstawić. Rzucił władczo „Cześć. Szkoda czasu na gadki. Daj mi swój numer”. Koniec. Cytatu. Ku zaskoczeniu, dziewczę posłusznie wstukało numer. Z uśmiechem. Po czym zaznaczyło, żeby zadzwonił następnego dnia, po godz 18.20 i że: „to urocze, poprawiłeś mi dzień. Zadzwoń”. Odtąd dziewczyna zerkała na niego maślanymi oczami…

Panowie potrzebują zatem tupetu szturmowca. Weźmy odpowiedzialność – to NASZA wina. Jest taka samcza właściwość, która dziewczyny jakoś kręci. Trudno tą cechę zdefiniować. Omawianą cechą jest, hmm… poczucie bycia lepszym, ważniejszym od zagadywanej. Mówiąc niewieście „dzień dobry” uniżenie, typu: „nie zasługuję na taką piękność, to chociaż powiem coś miłego” – chłopa napotka mur odmowy. Panna odwróci głowę w stronę bilboardów z promocją margaryny z „Lidla”. Chłopie, rzucenie „czeeeść”, z mieszanką dominacji, luzu, usmiechu i lekceważenia w głosie, może spowodować, że dziewczyna się… zadurzy. Z pogardą potraktowany facet – obmyśli drobiazgowy plan zemsty, ze sztyletami w tle. Potraktowana analogicznie panna – obmyśli inny plan. Pięknego, wspólnego życia, w uroczym domu na wsi, pełnym kwiatów, włoskiego wina i gaworzących szkrabów. Wiem, to są jaja jak berety…

My, mężczyźni, kochamy dominować, także nad rywalem, zwierzęciem bądź nieożywionymi przedmiotami. Dobry Bóg nas tak stworzył, mamy to w genach. Nienawidzimy nieposłusznego auta na mrozie, gdy zawodzi przed podróżą na narty (spójrzcie na parkingi o siódmej rano). Irytujemy się, gdy ukochany owczarek ugryzie nas w łydkę (zerkamy wtedy z uśmieszkiem na koreańską knajpę, przy deklaracji „czekaj no, szarik!”). Wkurza nas komputer, zawieszający się przy rozliczaniu kluczowej faktury. Tępimy nieposłuszeństwo, mając choć odrobinę władzy. Niepokorny pracownik wylatuje pierwszego dnia nowej roboty. Komandos, odmawiający wykonania rozkazu, ryzykuje ciężką odsiadkę, śmierć całego oddziału w boju (który na nim polega!) albo karę śmierci na miejscu. Niejedna kobieta pomyśli w tym miejscu, że armia to bezlitosne miejsce (inna westchnie marzycielsko) – strzelają w głowę za zwyczajną dyskusję. Za to jednak mężczyźni KOCHAJĄ wojsko, strzelnice, filmy wojenne, żołnierską terminologię (mój kumpel na pobyt w domu rodzinnym mówi „jestem dziś w bazie, wpadaj”). Warto to wiedzieć.

 

Opuszczamy chwilowo brudny poligon, przechodząc zimowym szusem do… sklepu zologicznego. Nic nie oddaje lepiej kobiecej natury. Moje koleżanki rozczulają się na widok futrzaków, najlepiej – słodkich. Co najlepsze, najbardziej wrednymi i nieposłusznymi stworzeniami na Ziemi są… koty. Przez większość dam uwielbiane wręcz (każda z Pań jest w stanie wymienić z głowy 15 znajomych kociar, najwyżej jednego kociarza płci brzydkiej). Niezamężna kobieta w produkcyjnym wieku posiada kota. Każda.

(Nawiasem mówiąc, za nieposłuszeństwo w czysto męskim świecie grozi riposta. W podwórkowej bandzie – obicie facjaty. W mafii – kula w łeb. W Kościele – ekskomunika, gorsza od omawianej kulki. W przeciętnym, europejskim domu grozi…. no, nic nie grozi).

Byłbym zapomniał. Europejskie panie szanują tylko trzy wspólnoty…. WOJSKO, KOŚCIÓŁ, RADY NADZORCZE. Pełne zasad, twardych jak czołg T-55. Zmaskulinizowane.

Warto zanotować ogólną, żeńską tendencję do wybierania od siebie mądrzejszych, wyższych, bardziej zdecydowanych “egzemplarzy”. Ambasador Francji może zakochać się w sekretarce, z wzajemnością. Prezydent USA w podległej sobie rzeczniczce, z wzajemnością. Prawnik w prawniczce (no, z większym trudem, prawniczki do uległych nie należą). Sklepikarka w koledze z pracy. Chórzystka w szefującym jej dyrygencie. Niska dziewczyna w wysokim siatkarzu. Ale już – czy koszykarka w kurduplu? Nein. Asystent w Angeli Merkel? Nie. Czy tłumacz zadurzy się w Dalii Gryboskaite, szefującej Litwinom? No way.

Konflikty związkowe na polu posłuszeństwa biorą się zatem z kilku czynników, za każdy z nich odpowiedzialny jest… mężczyzna. Najczęstsze błędy:

  • facet bywa zbyt bojaźliwy, przez co zaraża wybrankę obawami (słaby naczelnik to zarzewie buntu w oddziale, zawsze). Ona musi się podświadomie buntować w obronie własnej, sniąc po nocach o kimś konkretnym, który… każe jej czasem się zamknąć.
  • gość odpuszcza dla świętego spokoju przy kolejnym, werbalnym sprzeciwie, co z czasem przesuwa go do grupy pierwszej
  • wybrał od początku nieodpowiednią do małżeństwa kobietę, co stawia pod pytaniem jego kwalifikacje umysłowe. Jako kierownik metra zaprosiłby np. terrorystów do zwiedzania podziemi.
  • postapił wbrew intuicji bądź podpowiedziom bliskich (zwlekanie za ślubem już JEST podpowiedzią intuicji)
  • kobieta się zmieniła po ślubie (klasyka)
  • nastapił konflikt na gruncie praktyk religijnych (pacierze odmawiajmy więc razem!)
  • gość dla forsy zapisał wybrankę do partii nowoczesna.pl, a ta się nieoczekiwanie rozwiodła (żarcik, heh)
  • praca siedząca chłopa (samochód, biuro, bank, tir etc.) obniżyła poziom testosteronu

Katolickie narzeczeństwa, krótko o nich. Stawiam tezę, że jednym z czynników, zniechęcającym nieraz ambitnych facetów, są… nauki przedmałżeńskie. Kursy. Prowadzone przez ondulowane panie w średnim wieku [coś jak powrót do nielubianych lekcji fizyki z podstawówki, brr]. Zgoda, gdyby nauki na osobności prowadził szpakowaty lekarz bądź ksiądz, hardy jak amerykański żołnierz spod Alamo. Jest gorzej – przemawia ktoś dramatycznie pozbawiony autorytetu. To irytujące dla silnego, brodatego właściciela Harleya: wykład p. Grażynki, która siedzącego w salce chłopa publicznie… poucza. Nie musi besztać, ona go POUCZA. Przy narzeczonej. Moi żonaci kumple koło 30t-tki w komplecie byli zażenowani parafialnymi kursami, jako „obcinającymi jaja, stary”. W pięknej Tradycji kursów salkowych nigdy nie było.

Doprawdy, do spłodzenia dziecka nie potrzeba wielotygodniowej instrukcji z papierowym atestem…

Kiedyś opisywałem wizytę na oazowej imprezie, gdzie puścili film promocyjny: „czy warto do nas chodzić?”. Na ekranie świadectwo daje młode małżeństwo. Żonkoś, miękki jak owca, cedzi: „tu nauczyłem się męstwa”. Wtem jego małżonka na wizji wybucha śmiechem, razem z nią reszta sali, w tym niżej podpisany. Autentyk, jak wszystko, co tu opisuję! A rzucić gostka w cholerne trudności, do Iraku albo filipińskiej dżungli, na rok! Dominacji w nim za grosz. Pisał o tym x. Stryczek, genialny zresztą facet, prezes też kilku firm: mężczyzna z czasem wchooodzi poowooli w środowisko damskie, zmienia zainteresowania, łagodzi słownictwo, traci pasje. Udomawia się. Zaczyna wtedy być POGARDZANY przez własną kobietę, która go do damskiego świata… zaprosiła. Wciągnęła, z dobrej woli. Ratując małżeństwo, trza chłopa wsyłać natychmiast na front, albo chociaż sprowokować bójkę!

 

Kobieta zdominowana czuje się szczęśliwsza. Dziękuję za uwagę.

2 Replies to “Męska dominacja w małżeństwie.”

  1. Dużo w tym prawdy. Na “cze mała!” bym nie poleciała, ale mam ochotę wysłać w kosmos każdego pretendenta, który wyśpiewuje mi cieniuteńkim głosem słodkie do obrzydzenia repetycje: “lubię to, co ty lubisz”, “obojętnie co…wybierz ty”, “cokolwiek, byle z tobą…”, a przy dodaniu na końcu “kiciu!” otwarty nóż nie ma już miejsca w mojej kieszeni – odzyskał wolność i zaraz dźgnie.

    Żal mężczyzn, którzy już na etapie “rozgrywek” popełniają opłakane w skutkach błędy taktyczne i nie chcę tu sprowadzać zalotów do jakichś pozorowanych gierek (wręcz przeciwnie, im prościej i szczerzej, tym lepiej), ale trzeba przyznać, że u niektórych to nawet tych zalotów taktyką nazwać nie można – prędzej równią pochyłą…

    Może dobrze byłoby podpytać jakąś rozumną, a zarazem godną zaufania, przedstawicielkę płci pięknej o poradę dotyczącą zalotów? Mogłoby to uchronić jakieś męskie istnienia przed “salonową zagładą”…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *