Dobry pomysł potraktuj jak prezent. Weź go!

Święto Trzech Króli. Bardzo je lubię. Po porannym wyjściu z kościoła natrafiłem na garstkę ledwie przechodniów – udział w tej frekwencji ma niewątpliwie aura. Liczba ludzi śladowa, zbliżona do, nie wiem, sondażowego poparcia Unii Pracy. Żeby odwrócić uwagę od mrozu, oplatającego nos w trakcie spaceru, zacząłem myśleć. I wymyśliłem nową refleksję, naturalnie.

Zacznę wspomnieniem – nie ludzię korzystać z poczty państwowej. Dopada mnie tam wszechogarniające poczucie bezsiły, to “nie da się”, “poproszę numerek”, “sorry, mamy przerwę obiadową od [pięciu godzin]”. Feminizacja tego miejsca – nieprawdopodobna. Listonosze są zazwyczaj b. fajni, ich koleżanki z omawianych okienek – mniej. Centrum stolicy, czwartek w południe. Śledzi Cię (eleganckiego, stojącego luźno w kolejce) radosnym wzrokiem niezepsuta jeszcze stażystka, podchodzisz wreszcie do okienka. Łup! Dosiada się natychmiast biurwa – “Mariolka, przełóż segregatory, ja już obsłużę tego pana. Ładny dzień, prawda?”. W tle zaduch oraz automat z batonikami. Gołębie spacerują po podłodze. W mordę – gołąbki wolę na talerzu. Niedaleko plakietka o planowanym… strajku.

Podobnie musiał czuć się Rafał Brzoska, założyciel InPost. Wystartował ze swoją firmą z 10 lat temu, podczas strajku pocztowców właśnie. Wysyłał akurat pocztówkę do ukochanej, zobaczył pocztową niemoc wokół. W głowie zaświeciła się ta żaróweczka, znana z komiksów dla dzieci. Własna firma kurierska, niezależna od ludzkich kaprysów! Co ciekawe, pracownicy poczty… nie dostrzegli tej niszy, obserwując ją codziennie. Szanse są wszędzie, wkrótce napiszę także o tych randkowych.

Lepiej spojrzeć zatem prawdzie w oczy: rzeczywistość jest błędem poznawczym, baaardzo uczącym pokory. Każdy z ludzi postrzega świat inaczej. Łatwo to zaobserwować po wyjściu z kina, bądź po przyjęciu urodzinowym, rzućmy – na 15 osób. Albo 150. Albo 1000, jak na Hawajach. Każdy z takich gości karnawałowych… opisze wrażenia inaczej. Piwosz skupi się na dostępnych drinkach, szef kuchni – raczej na ogromie pracy, romantyczka – na srebrnych kolczykach kuzynki bądź lazurze pobliskiego jeziora, student prawa – na ludziach, którym może akurat zaimponować, księgowy na widocznych gołym okiem kosztach, a myśliciel w ogóle odjedzie mentalnie, sprawiając wrażenie nieobecnego. Teraz najciekawsze – ludzie podobni sobie będą się trzymać… razem. Prezydenci będą spotykać się na polach golfowych, przedsiębiorcy – na wspólnych polowaniach, strażnicy miejscy – w chińskich knajpach, a łysiejący doktoranci na dorobku wybiorą raczej mleczne bary. I tylko w Ełku nikt na razie nie zamówi kebaba…

Z jakim przystajesz, takim się stajesz – jestem aktywnym propagatorem tego przysłowia, którym posługiwali się już nasi dziadowie. Olimpijskiej klasy sportowcy, wyrośli np. z dzielnic nędzy (nic nie wzbudza tak motywacji, jak proste równanie porażka = głód), wracają na wakacje do slumsów. Owszem, jednocześnie w sezonie (kiedy są de facto w pracy) odcinają się zdecydowanie od kumpli z bloku, idąc między swoich mistrzów, piłować technikę po nocach. Trenują wśród równych sobie. Jestem zdania, że Messi były gorszym piłkarzem, gdyby nie wiecznie z nim walczący C.Ronaldo. Mentalnie są stale obok siebie, a rywalizacja z geniszem, którego choćby MASZ SZANSĘ POKONAĆ to radość czystej wody. Wiem coś o tym. Startowałem obok sawantów (geniuszy), znających na pamięć encyklopedię PWN, na wyrywki, z podaniem strony, np. „nr 826, lewy róg, piąty akapit”. Podobnie działa czytanie „Księgi Rekordów Guinessa” (tutaj zastrzeżenie, „rekord” oznacza „najlepszy zanotowany wynik”, nie zaś – liczbę startów, prób. Komentatorzy np. bokserscy wykazują tu głupi błąd językowy, nazywając „rekordem” liczbę startów Pudziana). No, wróćmy do Guinessa. Czytasz sobie o emerycie, lat 98, który startuje w maratonie – 42 195 metrów. Potem, o Japończyku, mającym w głowie matematyczny ciąg 40 000 liczb (fakt, zanotował dwie pomyłki). Dalej o kobiecie, która miała 26 mężów (nuda, narkomanki z Hollywood podkręcają już pewno ten wynik, przyznaję – no, chociaż ambitne są!). Myślisz wtedy – „muszę też zrobić coś wielkiego, hej”! Łatwizna, ledwie 15 lat treningu po 14-16 godzin dziennie i wstępnie można startować (bez gwarancji podium choćby)! Można wtopić, tracąc najpiękniejsze lata, jasne. Ale to wzruszenie dzień przed próbą bicia rekordu, po tylu latach wysiłku, kontuzjach… Nie będzie nawet przedmiotem mojego opisu!

Co powie wtedy dobry trener? „Lewa noga wyżej, łokieć w prawo, postawa dobra. Cios – najlepszy na świecie! Pamiętaj o koncentracji i lewej flance, chłopcze. Do boju!”. Fatalny zaś – skupi się raczej na negatywach oraz możliwej korupcji sędziego („one to kradno panie!”). A kijem go (trenera)! Narzeczonej – także to dotyczy (a wszystko widać PRZED ślubem, macie własną intuicję, hej…).

Z innej beczki. Ambicja sportowca to piękna rzecz. Podobnie jak intuicja. Jako połączenie cech – wprost zabójcze, każda ściana upada. Przypomina mi się tu p. Sylwester Stallone, szalenie budujący przykład. Jako noworodek – niedorozwinięty, problemy okołoporodowe. Jako dziecko – niski, zamknięty, z koszmarną wadą wymowy (zrobił postęp rzez te lata – dziś ma zaledwie dykcję… złą, coś jak Piotr Kraśko). Nie dostał żadnej roli jako początkujący aktor, z powodu krzywej gęby. Napisał więc swój scenariusz, z klauzulą własnej gry aktorskiej. Tak został filmowym „Rambo”, „Rockym”, „Niezniszczalnym”. Twardy facet. Mało kto wie – wrażliwiec.

Spójrzcie na omawianego Sylwestra. Niski. Krzywa morda, za przeproszeniem. Wada wymowy tak wyraźna, jak ostatnia wpadka z fakturami Kijowskiego. Niezgrabna aparcja.

Jednocześnie zaciętość. Marzenia w tyle głowy. Kierowanie się intuicją, dzięki Bogu. W efekcie – oglądamy go w najbardziej kasowych filmach lat 80-tych, 90-tych, w top filmie roku 2012. Chłop zapomiał przeczytać, że się… nie da, hej!

„Księga Rekordów” zawiera puste strony, Panowie!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *