Ambicję masz w genach, chłopie. Ucz się od Trumpa.

Niektórzy mi zarzucają, że nie lubię Chińczyków. Ludzie, sprzedałem kiedyś dom za 15 milionów jednemu Azjacie z Pekinu. Zapłacił, pochwalił mnie. Jak więc nie miałbym cenić ich kraju?”.
„Spotkałem się z zarzutem, że Putin mnie lubi i wypowiada się o mnie ciepło. No, co w tym dziwnego, skoro jestem błyskotliwy i odnoszę takie sukcesy?!”.

W bajecznie dobrym filmie „Wyścig” z 2013, opowiadającym o zaciętej rywalizacji kierowców Formuły 1, jest taka pouczająca scena. Ostatnia runda walki o mistrzostwo świata w Japonii, rzęsisty deszcz, potworna mgła, widoczność jak po litrze spirytusu w sybirskim lesie, a supermocne bolidy tracą przyczepność w ułamku sekundy. Pretendent do mistrzostwa, James Hunt, traci sporo punktów i zmęczony zjeżdża do boksu, mając pot na twarzy, totalnie zniszczone opony i kontuzjowaną rękę. Kiedy słyszy od szefa techników: „James, nie wygrasz, dojedź po prostu bezpiecznie, zwycięży ktoś inny”, zaciska pięść i rzuca tylko buńczucznie: „A, pieprzyć to!”. Atakuje w tej ulewie. Kilka minut potem wyprzedza większość rywali, by… zdobyć Puchar Świata.

Sądzę, że podobną, bezpieczną podpowiedź słyszał Donald Trump: „Prezesie, zdobył Pan miliardy, jest Pan uznanym obywatelem, niezłym pisarzem książek biznesowych. Prezydentura jest poza zasięgiem, to śmieszne próbować, zaledwie po stronie Republikańskiej mając… 16 rywali, zawodowców”. Odpowiedź, której cytować nie będę (bo jej nie słyszałem), była podobnie agresywna i analogicznie… zakończona zdumiewającym sukcesem. Co ciekawe, kobiety duuużo lepiej niż panowie – komentatorzy polityczni wiedzą, dlaczego Trump zdobył prezydenturę USA. W odróżnieniu bowiem od 20 kontrkandydatów, pytających wyborców o zdanie w każdej kwestii, po prostu ją (prezydenturę) sobie… wziął. Ameryka się nie oparła, mur zawsze przegra starcie z rozpędzonym taranem. Zawsze. Morale zawsze odgrywa kluczową rolę, zapytajcie 300 Spartan albo sprawną grupę komandosów, wbijającą się w dowolny tłum jak w masło.

Dlatego bawią mnie światowi komentatorzy, pouczający Trumpa o negocjacjach czy podatkach. Podobnie sprawczy są tzw. Janusze, pouczający wytrenowanych piłkarzy z kanapy, przy piwie i pasztetowej. Jak zauważył Otoka-Frąckiewicz, nie istnieje jakoś Kraśko Tower, Bugaj ani Pochanke Tower, zatem ich kaprysy mają zerową wartość edukacyjną. Każdy słuchający ich rad… przerżnąłby z kretesem, coś jak Edison słuchający porad technicznych p. Mietka, sąsiada „My ze szwagrem zroblibym tak, łoo panie”.

O tym, jak mocny charakter ma prezydent elekt, świadczy wypowiedź z początku listopada, kiedy sondaże nie wróżyły rewelacji: „Gardzę przegranymi. Jeśli więc zajmę drugie miejsce, kampania będzie stratą czasu i koszmarnym snem. Uznam te wybory za wielkie, historyczne i piękne wtedy i tylko wtedy… jeśli je wygram”. Sala eksplodowała euforią, a oglądający to show p.Tomasz pytał sam siebie „Co on wyprawia?”. Chwilę później przyszła refleksja „Trudno, żebym rozumiał działania gościa, który zarabia 500 000 000 USD rocznie. Nie mam nawet własnego wieżowca na 800 apartamentów, ej”. Dziennikarzyny z wyborczej wykazały się mniejszym taktem, ciągnąc swoje bla bla bla.

Słówko o Hilarzycy. Trudno ufać komuś, kto wygląda jak połączenie złosliwej Cruelli De Mon z równie wredną Angelą Merkel. Wyobrażacie sobie tą koalicję terminatorów: Merkel&Clinton&Kopacz&Gronkiewicz&T.May&Kirchner&Rouseff? To już lepszy atak kosmitów! Dla porządku wrzucę tylko, że w otoczeniu Hillary na trzech facetów jest aż dwóch maniaków seksualnych, gdzie to Bill gra tego… umiarkowanego. Średnia jak wśród żuli na Dworcu Centralnym! Co ciekawe, oglądając w CNN przemówienia Szachrajki, nie mogłem pozbyć się wrażenia… bycia brudzonym, najwyraźnej złośliwość przykleja się do świadków tej wylewności, brr.

Oczywiście, byłoby nieuczciwością lub tępotą (nie wiadomo, co gorsze) koncentrować się jedynie na dwóch kandydatach. Po prawej stronie Cruz, Rubio, Kasich charakteryzowali się szklanym usmiechem oraz charyzmą ofiary losu, odpychający nawet dla mnie. Po lewej zaś… Boże, gdzie jest policja?! Najzabawniejszym był jednak jeden z Bushów, ten zahukany i mający tiki nerwowe, posługujący się do tego hasłem wyborczym – imieniem, zwiastującym piekną katastrofę: „Jeb!”.

Czym jeszcze zaimponował mi Trump, kiedy zanotowałem zdecydowanie oraz moc? Wdziękiem córki – Ivanki, nieprawdopodobna. Charyzmą – słuchając go, miałem chęć bycia… lepszym. Czytałem zatem o 1h więcej, myslałem 2x dłużej i 3x intensywniej, unikając narzekania jak zarazy. Aha! Wożenie za sobą księdza, żeby się wszędzie modlił, także uważam za pomysł sprytny oraz… wyraźnie skuteczny, jak sądzicie, heh?

Kończąc, ostatnie wybory to triumf entuzjastów nad wyrobnikami, bo zawodowi urzędnicy i smutni politycy z 40-letnim stażem przegrali jak Najman z Pudzianem. Ostatecznie, drewnianą Arkę Noego zbudowali roześmiani amatorzy, a topornego, żelaznego Titanica – zawodowcy. Niechaj więc toną z (równie ciężką) Hilarzycą!

Jedna odpowiedź do “Ambicję masz w genach, chłopie. Ucz się od Trumpa.”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *