Bankierka i szynszyla – nie zdradzają ukochanego. Bierz je, chłopie!

W miarę zbliżania się Walentynek (tak, wieeem, że to za półtora miesiąca) niesparowane dziewczęta dyskretnie sondują, gdzie znaleźć dobrego męża: “Normalnego, wiesz. Takiego, żeby nie pił. Zapisałam się ostatnio na kurs układania kwiatków i naukę hiszpańskiego, ale nawet tam nikogo nie poznałam”. Temu zagadnieniu towarzyszy westchnięcie i zaciśnięte usta. Aha. Byłbym człowiekiem niedobrym niczym polskie kino, gdybym nie zastanowił się nad podpowiedzią, skierowaną do wielbicielek filmu “Pamiętnik”.

Duża część samców godnych polecenia ma szczęśliwe rodziny (gratuluję i zazdroszczę, jasna sprawa), męczy się z kapryśnymi żonami albo ukończyła z sukcesem seminaria. Ich najbliżsi znajomi mają ZAWSZE podobny doń status, zatem ta droga nabywania nowych jest odcięta. Gdy ktoś nowo poznany rzuci w ciągu pierwszej minuty “ładna pogoda, a poza tym skończyłem prawo”, albo w sklepie “wie pani, poproszę dwie bułki, bo ja – dziennikarz chcę się odżywiać”, wtedy wiem, że stoję obok idioty. Buractwo jest tutaj cechą korzystną, sui generis markerem. Skreślam natychmiast, szkoda prądu i takich znajomych, lepiej skoczyć na spacer do parku.

Pisze to nie bez powodu. Dziś rano, podczas treningu na siłowni, byłem okazjonalnym świadkiem rozmowy o psach. W ciągu tych raptem 20s. dowiedziałem się, że terier jest, naturalnie, psem myśliwskim. Potrafi beztrosko uciec od swojego pana zarówno godzinę po odebraniu od wąsatego hodowcy, jak i po 10 latach. Niewiele mają tu do rzeczy warunki trzymania, cudowny smak chrupek “Pedigree” czy metoda głaskania czworonoga. Spieprzy. Nielojalność/ucieczkę ma zakodowaną w genach, choćby miał potem głodować na deszczystym nasypie kolejowym. Na nic kosztowna tresura, jeśli furtka od posiadłości pozostała na moment uchylona… Urodzony dezerter.
Na przeciwnym biegunie mentalnym ustawiłbym, hmm… szynszylę. Zwierzę, które uwielbiam: wprawdzie hałaśliwe, dość ruchliwe, gustujące w przegryzaniu ważnych kabli, jednocześnie… cudownie wręcz lojalne. Przywiązuje się arcy silnie, tylko do jednego człowieka. Kiedy właściciel wyjedzie choć na kilka dni, szynszyla przestaje jeść z tęsknoty, minimalnie się porusza, sprawia wrażenie ciężko chorej. Mimo wysiłków innych domowników – jak dowiedziałem się od uroczej sprzedawczyni – istotka usycha z samotności. Po powrocie człowieczego ulubieńca ochoczo wcina ziarna, skacze po ścianach, tryska energią. Przypomina mi się tu, znany z Gdyni, stary niemiecki owczarek który… mdlał z radości po powrocie ukochanego marynarza z rejsu. Damy, które złorzeczą do lustra w co drugim polskim domu (“mój mąż bardziej ceni owczarka!”) powinny przeczytać ten akapit jeszcze raz…

I teraz…

Podobnie jak opisane wyżej czworonogi, ludzie mają szerokie spectrum, jeśli opisujemy przywiązanie i jest to cecha wrodzona. [Różnica instynktów. Coś jak – z jednej strony – piłkarze Legii, zachwyceni po batach w LM (zaledwie 1:5, ho ho, pamiętacie?) versus ambitny C. Ronaldo, który był wtedy zawodnikiem… poirytowanym, bo nie zdołał huknąć bramki]. Dla mnie fenomenalnym punktem wyjścia w rozważaniach o stałości jest usposobienie takiej szynszyli. W świecie ludzkim to takie dziewczyny, które dla lubego są gotowe rzucić wszystko – studia, pracę, koleżanki etc. Mają swoich męskich odpowiedników, gotowych odmówić elitarnego kontraktu w Australii dla dziewczyny z Otwocka. Możemy się śmiać, ale to piękna cecha!

Dziewczyny do zagospodarowania: otóż Wasza sytuacja w słowiańskim mieście bywa trochę jak położenie maklera w Nowym Yorku. Niby godna pozazdroszczenia – niezłe towarzystwo, gustowne lokale, szansa zrobienia intratnej kariery. Tylko ta konkurencja – zabójcza. Otóż zwyczajny hydraulik na Wall Street zarabia nieporównywalnie więcej niż wyrobiony broker o dużym IQ (bo ekonomistów jest 300 000 i każdy musi jeść, a hydraulików ze trzech plus szwagier – a przecież rury upadają częściej niż banki!).

Jak poznać perspektywicznego chłopaka, skoro konkurencja koleżanek na kursach tańca i pielgrzymkach jest liczna jak środowa kolejka do “Totolotka”, a ci średniacy zawsze zaczynają zdanie od “ja, prawnik”? Walka na skracanie stroju to droga donikąd – zawsze się znajdzie jędza o mocniej ofensywnym makijażu, a wzrok konserwatywnego gościa takie zawody moga całkiem odwrócić (kierując ku bardziej, hmm… niewinnej).

Najpierw próbka. Sprawdźcie na koleżankach lub… na sobie. Opisano to w książkach, wystarczy zapamiętać. Jakie są łatwo obserwowalne znaki wierności klasy top, podświadomie wyrażane w stroju? Zamiłowanie do błękitu. Niebieski był od wieków kolorem arystokratów, jako barwnik szalenie trudny do uzyskania w naturalnych warunkach. W heraldyce jest ponadto kolorem wierności właśnie (a np. biel – czystości, czerń – buntu. Ciekawe, jaki kolor wybierają zwykle anarchiści i heavymetalowcy…).

Melancholicy i melncholiczki mają wdrukowaną genetycznie stałość (i słabość do opisanego wyżej koloru). Pisał o tym prof. Lew Starowicz (miałem go za niemądrego showmana z tv, z jego książek wyłania się błyskotliwa dusza konserwatysty). Zamiłowanie do szarości, brązu, granatu w warstwie kolorystyczne także jest wariantem pożądanym. Tak jak długie włosy dziewczyny zdradzają marzycielskość właścicielki, prawda? Często nasz idealista wybierze studia ekonomiczne bądź zarządzanie, a pod względem wizualnym będzie wyglądał… młodziej od rówieśników. Reguła dotycząca aparycji nie zna wyjątków – spójrzcie na Mateusza Borka, Tomasza Kammela albo J.Deppa. Nigdy też podartych jeansów, nigdy rozpirzonej fryzury. Na moje więc oko urodzony student ekonomii bądź obecny pracownik banku (najlepiej – przyszły prezes takiego, ambicja to fajna rzecz). Absolwenci ekonomii (obojga płci) to najwierniejsi zatem z lojalnych. Idę o zakład. Dyskretny trop zatem podrzucam…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *