Wygrana w “Totolotka” – przepis na bankructwo.

Granie w “Totolotka” bywa fascynującą loterią i to w innym punkcie, niż ten, o którym myśli środowa kolejka do kiosku. Pół biedy, kiedy przegramy nasze 3zł – raz w życiu spróbowałem, w szkole – na drożdżówkę więc zabrakło. Historie zwycięzców z Polski i USA pokazują, że fenomenalną autostradą do porażki jest… wygranie 10 milionów dolarów. Piękna katastrofa, jak u Greka Zorby. Ludzie fiksują, kupują luksusowego Hummera, by pić drinki z palemką, rzucają współmałżonków, wymawiają poczciwą pracę nauczyciela bądź rzeźnika. Kupują dużo drobiazgów, drogo i chaotycznie, biorąc nawet diamentowe noże do filetowania ośmiornic. Pięć lat później zamieniają masywnego Rollsa na równie solidnie skonstruowany nagrobek, albo też sprzeczają się z samym Napoleonem, siedząc sobie w psychiatryku. 90% zwycięzców loterii po latach deklaruje, że niezasłużony sukces finansowy totalnie zniszczył ich życie. Pozory mylą…

O czym wie każdy złoty medalista z olimpiady. Właściwie to powinien machać sztangami na wzmocnienie do oporu. Przed samymi jednak igrzyskami, zamiast trenować po 8h dziennie – paradoksalnie – odpuszcza salę treningową, wybierając luźny spacer po wiosce olimpijskiej, gdzie podziwia gustowny trawnik.

Co ciekawe, może to dotyczyć także ślubów kościelnych – idę o zakład. Ciekawa rzecz. Ogląda to zjawisko chyba każdy bystry ksiądz i co drugi ślubny operator. Ta krzątanina, nerwowe dzwonienie do kwiaciarni, negocjacje z podpitą wstępnie kapelą, zwożenie ciotek, plus oczywiście – codzienne, organizacyjne spotkania przyszłych małżonków przy notesie. Pozornie to działanie konieczne, jednocześnie w efekcie dzień ślubny kumuluje to wielkie napięcie. Błąd początkującego olimpijczyka, błąd. Lepiej zaplanować z kalandarzem, tydzień przed ślubem telefon oddać drużbie, zaszyć się samotnie np. w klasztorze, wyspowiadać ponownie, zatęsknić, popodziwiać ten trawnik w trakcie spaceru po liściach. Pójść na ryby, dając przestrzeń intuicji, doskonałej przecież. Najwyżej kwiaty nie dotrą na czas, (jeśli świadek bywa idiotą, sporadycznie) ale para młoda wreszcie ucieszy się na swój widok! Relacje księży akademickich są tutaj bezlitosne – nawet 80% zestresowanych par nawet nie patrzy sobie w oczy. No, potem idzie im jak genialnemu przecież Schumaherowi w narciarstwie szybkim…

Lew Starowicz pisał kiedyś, że kiedy do jego gabinetu przychodzi kolejna kobieta o fenomenalnej, filmowej wręcz urodzie, wie, że na bank jest wolna i szuka wsparcia lekarskiego (“ze mną coś jest nie tak, doktorze”). To ciekawe, bo realnych adoratorów mają b. mało z powodu nadmiernej urody właśnie (“gdzie nam do taaakiej, chłopaki, nie?. Ech, chodźmy się napić”). Pieniądze nie grają roli. Co ciekawe, mając dość wysoką empatię, można rozpoznać wolną dziewczynę w pracy, autobusie, na uczelni, nawet na nią… nie patrząc. Po prostu będzie chodziła, biegła na deszczu, kupowała bułki etc, z pewnym napięciem w tle, nie wiem, jakby jechała autobusem na gapę, wypatrując wizyty kanara. Ciut nerwowo i jest to proces stały, co świadczy o silnym zaprogramowaniu kobiet na posiadanie rodziny. U panów to zjawisko wcale nie występuje – własna drewutnia na odludziu to marzenie wielu! Mężatki poruszają sie inaczej, bardziej leniwie w gestach, rzecz do sprawdzenia.

Czytałem fascynującą historię Manchesteru City z lat 90-tych, znanego klubu piłkarskiego. Oto w jednym sezonie omawiany dream team nakupował na kredyt najdroższych zawodników w lidze, płacąc rekordowe kontrakty i wydając pieniądze wieeelkie jak ego Donalda Trumpa. Niewyobrażalne finansowanie, top gwiazdy na każdej z pozycji. Jedenastu gwiazdorów nie sumowało się wcale w klasowy team, każdy chciał błyszczeć na tle reszty. W efekcie omawiany ManCity… spadł z ligi. Pieniądze tu zaszkodziły, stanowiąc zatrute źródło. Wie to każdy niewesoły rozwodnik in spe – jeszcze DROŻSZE prezenty wcale nie poprawiają popsutej relacji. Coś jak polewanie płonacej ciężarówki benzyną, która przecież JEST cieczą, albo miliardowe dotacje na okropne, zardzewiałe koleje, które pozostają zabrudzone niczym sumienie Clintonów…

Zbierzcie najlepszą grupę szturmową na świecie: judokę, karatekę, najlepszego komandosa Specnazu, wybitnego Navy Seala, mistrza bokserskiego etc. coś jak w tym filmie “Niezniszczalni”. I teraz: przegrają dowolną potyczkę z brzuchatym oddziałem straży miejskiej, zaopatrzonym jedynie w pączki z dźemem. Bo mistrz świata będzie silnie konkurował z innym mistrzem, jeśli ich talenty będą zawierać styczne. Pamiętam, jak piłkarski Real Madryt w 2001 roku bił transferowe rekordy świata, w zamyśle montując najlepszą drużynę w historii. Po półroczu był na ósmym miejscu tabeli, szorując brzuchem po dnie. Czasem myślę sobie – a gdyby tak skleić personalnie najbardziej egzotyczną koalicję od czasu wojny z Kuwejtem (gdzie obok siebie walczyły kraje chrześcijańskie, muzułmańskie, kapitalistyczne, komunistyczne, zamożne i głodujące etc.)? Byłaby złożona z cholernie twardych gości, których podziwiam i… rozpadłaby się natychmiast, bo jaki zespół zdoła zatrzymać zuchwałych buntowników?

Dlatego to kłamstwo, że poddani nienawidzą swoich dyktatorów. Obywatele mogą być charakterologicznie dopasowani do rządów silnej ręki właśnie, ze wstrętem patrząc na tych wypicowanych euro mydłków o szklanych usmiechach. Nienawidzą ich raczej buntownicy, wieczni opozycjoniści, czasem rodzina, np. synowie, którzy… odziedziczyli po ojcach charaktery i też od dziecka marzą o przewrocie wojskowym z uzyciem 5 000 czołgów…

Świetnym wolnym elektronem jest polski dziennikarz sportowy, Krzysztof Stanowski. Gdy było mu zimno w Polsce, przeprowadził się do Barcelony, transferując swój biznes. Zapytany, dlaczego nie pije Coli, odpowiedział, ziewając: “uzależniłem się i po prostu uznałem, że nie mogę być ostatnią p***, która się od czegoś uzależnia”. Chyba odstawię to piwo, stojące obok.

Z innej beczki. Przy armiach działają zwykle grupy harcowników – paramilitarne bojówki, siejące ogromny zamęt w szeregach wroga, samozwańcza kibolka. Wcielcie tych ludzi do mundurowych służb, zmarnieją, słuchając cudzych rozkazów. Na tym polega nieco fenomen mojego ukochanego Marszu Niepodległości. Wolność słowa. Swoboda myślenia. 100 000 ludzi, można krzyczeć, co się chce, przyjazd jest dobrowolny, strój podobnie, kibole idą obok chłopaków w garniturach, mamy silne spectrum społeczne. Każcie im maszerować równo, odejdą. Smutni ludzie w korporacjach to zatem intelektualni harcownicy, ktorym babsztyl w koku coś każe, pouczając ssykiem – czasem szefowa, czasem po godzinach – żona, niestety. Odmawiając hardo dezercji, padają na zawał po 40-tce… Tymczasem tzw. wolny elektron pracuje doskonale, kiedy mu nie przeszkadzają – wymysli żarówkę, a to lek na raka, napisze wiersz albo pobije rekord życiowy w brydźu, odczuwając radość czystej wody. Pouczany, rzuci narzędzia w cholerę, zamykając swoją szopę. Po czym pójdzie na wódkę. Dziewczyny, nie strofujcie nigdy swoich wybranków, może wypłukujecie im z ten czający się z tyłu głowy pomysł na Nobla…

I tą cholerną statuetkę zgarnie ktoś inny!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *